• Archive by category "Indie i Nepal"
  • (Page 2)
Header

Blog Archives

Dzień 5, Czwartek 14.01.2010 – Delhi cd.

Tej nocy nikt już nie zmarzł. Każdy wyspał się śpiąc w polarze, śpiworze i przykryty wszystkim co było w pokoju.

Znów śniadanie na naszym dachu. Bartek zamawia jajka ze świętym boczkiem. Spoko.

Na ulicy też kusiły różne cuda do spróbowania :)

Na ulicy też kusiły różne cuda do spróbowania :)

Postanawiamy tym razem pojechać metrem. Zapitalamy później na nogach szukając jakiejś świątyni. Na mapie było dość blisko. (więcej…)

Dzień 4, Środa 13.01.2010 – Delhi

Piąta rano. Są bagaże, szok. Czyżby pech nas opuścił?!

Bierzemy taksówki prepaid. Zmęczeni. Otumanieni. Jedziemy.

Ciemno. Mokro. Straszno. Wjeżdżamy w jakąś okropną ulicę, która wygląda jak najgorsze slumsy. Brr. Byle dalej od tego miejsca. Niech ten Hindus zawiezie nas w końcu do tej dzielnicy turystycznej z dużą ilością tańszych hotelików, o której czytaliśmy w przewodniku.

Tymczasem pan się zatrzymuje, odwraca i mówi „Welcome to India”. Patrzymy na niego przerażeni szeroko otwartymi oczami. To tu?! Dzielnica Paharganj?! Niemożliwe! Gdzie te hotele? Same jakieś brudne budy pozasłaniane blachami. Tu jest strasznie. Ciemno. Brudno. Kupy śmieci. Snują się krowy.

Krowy okażą się nieodłącznym elementem krajobrazu wiejskiego i miejskiego :)

Krowy okażą się nieodłącznym elementem krajobrazu wiejskiego i miejskiego :)

Łypią na nas takimi smutnymi oczami. Do tego zaczyna padać deszcz. Przyjemniutko, nie ma co! (więcej…)

Dzień 3, Wtorek 12.01.2010 – Lecimy!

Powtórka z rozrywki. Znów lotnisko, ale tym razem jesteśmy na czas :)

Lecimy Swissair’em (nigdy więcej Finnair!!!) przez Zurych. Samolot opóźniony 1,5 godziny. Pani grzecznie informuje nas, że na pewno nie zdążymy na samolot do Delhi. Kurcze dziś się wszystko spóźnia, a wczoraj to nie mogło chociaż z 10 minut! Chyba naprawdę prześladuje nas jakiś pech! Futrzak masz rację. Indie nas nie chcą!

Swiss staje jednak na wysokości zadania. Sprawnie znajduje nam inne połączenia z liniami Austrian i Turkish. Bartek, który jeszcze wczoraj się zarzekał „tylko nie Turkish” dziś otumaniony antybiotykiem i uspokajaczami macha ręką z aprobatą „może być nawet Turkish”.

Pojawia się jeszcze jakiś problem z biletami, ale biura na szczęście rozwiązują to między sobą. Swissair to naprawdę dobra firma!

Jesteśmy zacheckinowani! Jakiś postęp jest!

Dobra lecimy. Najpierw do Wiednia. Lecą z nami siatkarze ze Skry Bełchatów. Ania siedzi z Możdżonkiem, Bartek z Wlazłym, a przed nimi siedzą Pliński i Kurek. Takie małe pocieszenie w tym wszystkim.

Wiedeń. Opóźnienie. Biegamy po lotnisku jak szaleni. Czy zdążymy na samolot do Stambułu? Dobra siedzimy, ale czy razem z nami nasze bagaże!? Tego nie jesteśmy pewni.

Stambuł. Znów bieganie. Czy my kiedykolwiek dolecimy do Delhi!

W końcu siedzimy w samolocie do Delhi. Turkish całkiem, całkiem. Dają nawet skarpetki.

Lądujemy. Jesteśmy w Delhi! Czy to na pewno prawda!?

Nasza droga do Indii !

Nasza droga do Indii !

Dzień 2, Poniedziałek 11.01.2010 – Warszawa cd.

Zrywa nas telefon o 7 rano.

Otczyki: Podjęliśmy decyzję. Nie jedziemy.

Futrzaki: Nie jedziemy. Przekładamy urlop.

My: No cóż. Spodziewaliśmy się, że jak grubasy posiedzą w ciepłym domku to zmiękną i nie będzie im się chciało znów wracać do Warszawy.

Ale co tu robić? Nie ma jak wrócić do Krakowa. Zima szaleje. Pociągi stoją. Poza tym dla nas przełożenie urlopu nie jest takie proste, bo ja wykorzystuję ferie w szkole i nie mam innej możliwości wyrwać się na trzy tygodnie.

Podejmujemy decyzję. Trudno, lecimy sami. Paszporty tym razem mamy już przy sobie:)

Warszawa widziana oczyma Krakusa :)

Warszawa widziana oczyma Krakusa :)

Próbujemy zrobić nową rezerwację na dwie osoby, a tu klops. Nie ma miejsc. Trzeba anulować poprzednią rezerwację na 6 osób to pewnie miejsca się zwolnią. Dzwonimy po raz ostatni do grubasów i informujemy, że lecimy sami i kasujemy ich miejsca. (więcej…)

Dzień 1, Niedziela 10.01.2010 – Warszawa

Pomału rozpoczyna się nasza wyprawa. Dzieci odtransportowane do babć. Można ruszać.

Punkt spotkania – lotnisko w Warszawie. Docieramy tam z różnych stron Polski. My (ja i Astronom) już o 1 w nocy wsiadamy w taksówkę w Głogowie, która zawozi nas na dworzec do Zielonej Góry, skąd mamy pociąg do Warszawy.

Taksówką ruszamy z dużym zapasem czasu, bo straszny atak zimy, wszystko zasypane. Docieramy jednak bez większych trudności. Na dworcu spędzamy mało sympatyczne dwie godziny ze snującymi się narkomanami i pijaczkami.

W końcu pociąg. Jedziemy bez większych opóźnień. Dostajemy tylko niepokojące sygnały od grubasów (Ania, Asia, Bartek i Tomek), że stoją razem z pociągiem gdzieś na trasie Kraków-Warszawa.

Sorry, taki mamy klimat !

Sorry, taki mamy klimat !

Zima zaatakowała znowu. Kolej nie daje rady. Najgorsze, że nie ma żadnej informacji. Co robić. Grubasy czekają, w końcu jest jeszcze sporo czasu.

My: Docieramy do Warszawy. Autobus. Lotnisko. Jesteśmy. Czekamy na grubasów, bilety i wszystkie paszporty.

Grubasy: Delikatny niepokój. Czas płynie. Nadal stoją. Czekają na jakąś informację, czy pociąg ruszy. (więcej…)

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: