• Chiny »
  • Dzień 10, poniedziałek (07.05.2007) Tarasy Smoczego Grzbietu
Header

Dzień 10, poniedziałek (07.05.2007) Tarasy Smoczego Grzbietu

Wstajemy skoro świt według ściśle wczoraj ustalonego planu. Pakujemy się tak jak było ustalone, czyli wkładamy do śpiworów szczoteczki do zębów. Stwierdziliśmy, że tyle nam wystarczy. Co poniektórzy przemycają w śpiworach skarpetki na zmianę. W barze zamawiamy jajecznicę według planu, długo schodzi więc czekamy podenerwowani bo plan nam się obsunął, ale jajecznica prawie jak w domu.

Przyjeżdża bus. Pani Chinka przewodniczka mówi trochę po angielsku. Ona: „Będziemy mieć fajną wycieczkę, OK.?” A my na to „OK.” Jest strasznie śmieszna, mówi coś do nas i się śmieje, ma głupawkę, która i nam się trochę udziela. Po drodze próbuje nam opowiedzieć jakąś historię o sześciu gwiazdach i księżycu i torbie smoka, a właściwie o tarasach smoczego grzbietu. Chyba jest bardzo przejęta swoją rolą. Mówi do nas mniej więcej w ten sposób. „Teraz wam powiem godzinę spotkania, dobrze? No to mówię wam teraz godzinę spotkania, ok? Godzina spotkania będzie…” Po drodze zatrzymujemy się w jednej wioseczce, gdzie dopadają nas panie Chinki z ludu Miao czy Yao żeby od nich kupować chińską tandetę. Wioska super, szczególnie wiszące mosty, ale najbardziej czadowe są te kobiety.

Wreszcie chińska wioska

Wreszcie chińska wioska

Wszystkie są ubrane w regionalne stroje, różowe i mają przepiękne, czarne, długie do ziemi włosy. Noszą je upięte w misterny kok nad czołem, ale jak zapłacisz 10 yuanów to chętnie je rozpuszczą. Znają nawet kilka słów po angielsku: long hair, photo, money:)

Long hair, photo, money...

Long hair, photo, money…

Docieramy do celu, wioski Longsheng. Trzeba kupić bilet wstępu. Okazuje się, że bilet 5 yuanów nie jest included. Ok., niech im będzie. Przesiadamy się do innego busa, który wspina się pod górę, a kierowca normalnie zasypia za kierownicą, jesteśmy lekko przerażeni, bo pod nami są niezłe skarpy. Jest potwornie gorąco i parno! W końcu na miejscu, uff! Najpierw pani przewodniczka prowadzi nas na lunch, który też nie jest included. To co do cholery jest included na tej wycieczce? Dobra, zamawiamy jakąś specjalność, ryż napchany do bambusa, który przy tobie rozrywają. Super.

Ryż napchany do bambusa to co prawda nie chleb, ale zawsze jakaś odmiana :)

Ryż napchany do bambusa to co prawda nie chleb, ale zawsze jakaś odmiana :)

Zwiedzamy wioskę. Jest czadowa. Oczywiście sama drewniana zabudowa wśród gór. Góry wokół wioski niemal w całości pokryte tarasowymi polami ryżowymi.

Tarasy ryżowe (tu już bez wody)

Tarasy ryżowe (tu już bez wody)

Coś cudownego. Łazimy trochę podziwiając tarasy.

Tutaj jeszcze parę poletek z niespuszczoną wodą

Tutaj jeszcze parę poletek z niespuszczoną wodą

Po drodze też co poniektórzy mieli szczęście zobaczyć kondukt żałobny. Robili strasznie dużo hałasu. Puszczali fajerwerki, grali, a kobiety poubierane na biało, zawodziły.

Pogrzeb po chińsku

Pogrzeb po chińsku

Schodzimy na dół na ustaloną godzinę spotkania spóźniając się niemnożka. Informujemy naszą doskonałą przewodniczkę, że opuszczamy wspaniałą wycieczkę i jedziemy sami do wioski Sanjiang szukać przygód, czyli noclegu u chłopa i przy okazji zobaczyć lud Dong czy jakoś tak i super czadowy most bez jednego gwoździa, który podobno tam jest. Przewodniczka jest trochę zdziwiona i zupełnie nie wie o co nam chodzi i dlaczego nie chcemy z nią wrócić, ale odpuszcza sobie i zostawia nas na rozstaju dróg, a my zostajemy zupełnie sami ze śpiworami w rękach i z nadzieją na fantastyczną przygodę.

No dobra jak tu dojechać do tej wiochy gdzie mamy spać u chłopa? Nie wiemy nawet w którą to jest stronę. Stoją jakieś dziewuszki, mniemamy, że czekają na autobus, więc próbujemy się czegoś dowiedzieć. Próbujemy ze wszystkich sił wypowiedzieć słowo Sanjiang, ale zupełnie chyba nam nie idzie, bo laski ni hu hu. W końcu chyba zajarzyły bo pokazały jeden kierunek (wcześniej każda wskazywała w inna stronę).

Jedzie coś, machamy. Autobus rejsowy do Longsheng zabiera nas. W autobusie oczywiście wszyscy się na nas gapią. W Longshengu szukamy autobusu do cudownej wioski Sanjiang. To tylko 80 km, a w przewodniku jest napisane, że jedzie się 3 godziny. To musi być jakaś pomyłka. Zapytany Chińczyk czemu jedzie się tak długo odpowiedział, że „Road is not too good”. Mimo wszystko, niemożliwe, żeby autobus tyle jechał. Oni wszyscy są w błędzie!

Wsiadamy. „Road is not too good”!!! Gość chyba sobie z nas żartował! Droga jest w kompletnej rozsypce! My będziemy jechać tam nie 3 godziny, ale chyba z 10! Dziura na dziurze, klepisko, wykopy, a obok skarpa i w dół rzeka bez żadnego zabezpieczenia! A autobusy, samochody i ciężarówki mijają się jak gdyby nigdy nic nad przepaściami kolebiąc się na boki, a w środku kolebią się niewzruszeni pasażerowie! My natomiast jesteśmy przerażeni! Uświadamiamy sobie jednak, że oni tak codziennie, więc może dojedziemy w jednym kawałku.

W autobusie oczywiście wszyscy się nam przyglądają. Panuje luzacka atmosfera. Goście normalnie wyciągają papierosy i kopcą bez obciachu. Nie dość, że brudno, parno i straszno to w dodatku śmierdzi! Ale to nic. Byle dojechać. Wtem, wsiada dziadek. Niesie ze sobą dwa kanistry z benzyną! Zapala papierosa i strzepuje go na te kanistry!!! O Boże, za chwilę w dodatku wylecimy w powietrze! Ludzie, czy nikt inny tego nie widzi?!

U nas w Polsce dostałby mandat 300 zł i ze sześć punktów karnych :)

U nas w Polsce dostałby mandat 300 zł i ze sześć punktów karnych :)

Na szczęście dziadek nie jechał długo, bo zawał serca gotowy.

Jest też ciekawsza strona tej przejażdżki, a mianowicie widoki za oknem. W końcu widzimy prawdziwą chińską prowincję, a nie odrestaurowaną tandetę dla turystów. Jesteśmy zachwyceni, próbujemy więc robić zdjęcia, ale gdzie tam, nie można nawet utrzymać aparatu, nie mówiąc o kadrowaniu, tak telepie i rzuca, że czasem nawet zaliczamy fazę lotu! Klaty życia przechodzą nam więc koło nosa. Ale to nic, przecież czeka na nas wspaniała wioska z ludem Dong!

Dojeżdżamy w końcu po trzech godzinach. Wysiadamy zieloni. Chcieliśmy hardcora to mamy! Jest już ok dwudziestej i zapada zmierzch. Okazuje się, że to nie ta cudowna wioska z drewnianymi chatami, ludem Dong i chłopem, u którego mamy spać.

I to ma być wioska ludu Dong?

I to ma być wioska ludu Dong?

To jest dopiero 20 km stąd i jedzie się tam 40 min! Tak nas poinstruowali motorikszarze. Co tu robić, co tu robić. Za daleko, możemy nie zdążyć jutro wrócić i jaki chłop wpuści taką bandę o tej godzinie do swojego domu?! Dawno zrobiło się ciemno. Jakaś para z autobusu prowadzi nas więc do „wspaniałego hotelu”. Zaraz, zaraz, a co z naszym noclegiem u chłopa!

Podejmujemy decyzję, rezygnujemy z hotelu i  jedziemy do tej wiochy, w końcu po co telepaliśmy się tu trzy godziny! Rikszarze cały czas za nami jechali spod dworca i mówią, że nas zawiozą do tej cudownej wioski i do chłopa i pokażą nam most i rano nas z powrotem odwiozą na dworzec autobusowy, bo jak się okazało droga powrotna zajmie nam jakieś 7 godzin! Musimy więc wstać o 5 i znów zapitalać do Guilin, bo o szesnastej mamy pociąg! Ale co to dla nas jedna nieprzespana noc. Trzeźwi na umyśle szybko jeszcze kupujemy flaszkę i po ostrym targowaniu jedziemy.

Ładujemy się po 4 osoby do rikszy. Ale czterech Chińczyków to nie to samo co czterech Europejczyków. Troszkę inne gabaryty:) W związku z czym motoriksze kompletnie nie dają rady pod górkę i nie tylko. Pan Chińczyk kazał więc wysiąść Jodasowi i odciążyć ten super pojazd, który Jodas za chwilę przegonił! Drugi Chińczyk wpadł natomiast na pomysł, żeby jedna osoba się przesiadła. I tak w jednej jechało 5 osób, a w drugiej 3. Kto zrozumie tych Chińczyków? Później już było lżej więc zaczęliśmy jechać szybciej i zaczął nas owiewać chłodny wietrzyk. Pomału zaczynało się robić zimno. W końcu zrobiła się noc, a my mamy tylko to co na sobie, czyli letnie koszulki, aparaty i śpiwory. Można by rozwinąć śpiwory, ale boimy się nawet ruszyć, bo riksze całe się telepią i nie chcielibyśmy czegokolwiek zgubić w tej kompletnej ciemności. W związku z czym siedzimy skuleni i zmarznięci nie mogąc się doczekać końca tej super przejażdżki.

Po około godzinie, zmarznięci na kość, gdzieś dojeżdżamy. Ale nie mamy pojęcia gdzie jesteśmy, bo jest ciemno jak w d…pie! Gość wyciąga rękę w jakimś kierunku i mówi, że tam jest ten super most bez gwoździa. Wierzymy mu na słowo. Rikszarze prowadzą nas gdzieś, mniemamy, że do chłopa na nocleg. Panują wręcz egipskie ciemności. Goście, gdyby chcieli, mogli by nas gdzieś wywieźć, zaciukać, a my zostalibyśmy dawcami organów. Ale jest ok. Trafiamy do jakiejś chałupy, która okazuje się zwykłym domem z pokojami dla turystów. Trudno, to przecież też chłop, tylko trochę bardziej nowoczesny. Zresztą, w tym momencie już chyba przeszła nam ochota na nowe doznania. Wszyscy są potwornie głodni, zmęczeni i zmarznięci. Chcieliśmy hardcora to mamy! Astronom i Dorotka trzęsąc się z zimna ładują się do śpiworów i mówią, że jest im tak zimno, że się nie ruszą. Na szczęście mamy najdoskonalsze lekarstwo. Futedżija (wódka) działa fantastycznie. Ponieważ ostatni posiłek był przed 12 więc wszyscy momentalnie łapią fazę! Okazuje się, że przed domem jest jakiś grill i są jeszcze zimne szaszłyki!!! Rewelacja! Jest też pidżiju! Chiny są piękne! Szczęśliwi idziemy spać!

This entry was posted in Chiny


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/bartez09/public_html/syberia.m2.x25.pl/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1044