Header

Dzień 13, Czwartek (24.07.2008) – Jeziora Kulsajskie

Wstajemy 3.30! Znajomy bus już czeka. Pakujemy się do środka. Najchudsi do tyłu. Musimy się sensownie rozlokować, bo jest nas więcej. Na wyprawę jedzie z nami o. Eliot.

Znów podziwiamy zmieniające się krajobrazy kazachskie. Zatrzymujemy się też przy kanionie na fotę.

Po kilku godzinach jazdy dojeżdżamy na miejsce. Wyładowujemy nasze, nie małe tym razem, bagaże i na plecy. Okazuje się, że najbardziej marudzą chłopaki (nie wszyscy:), jak to im jest ciężko i jaki wielki ciężar muszą dźwigać. Dziewczyny natomiast bez mrugnięcia stają gotowe do wyprawy w góry.

No, ale najpierw trzeba się posilić przed długą wędrówką. Idziemy do jakiegoś domu, gdzie jest jadłodajnia.

Turystyka po kazachsku

Turystyka po kazachsku

Rozsiadamy się i zamawiamy same pyszności.

Ładujemy baterie. Oj było to potrzebne :)

Ładujemy baterie. Oj było to potrzebne :)

Próbujemy się też dowiedzieć czegoś o trasie. Chociażby tego, jak tam jest daleko i ile się idzie, ale wcale to nie jest łatwe. Tu nikt nie wie, ile jest do drugiego jeziora, nie mówiąc już o trzecim! Przecież oni tu mieszkają, czyżby nikt tam nie chodził?! Podają nam zupełnie różne informacje, np.: jedni mówią, że do drugiego jeziora są dwie godziny, a inni, że trzy i pół. Nam to zajmie, w sumie, z przygodami, pięć! Jak się też później zorientujemy, po górach chodzą a w zasadzie jeżdżą tylko strażnicy rezerwatu, na koniach!

Pierwsze jezioro Kulsajskie

Pierwsze jezioro Kulsajskie

Podziwiamy pierwsze jezioro Kulsajskie. Jest po prostu przepiękne. Woda jest jak szmaragd i przeźroczysta jak kryształ. Jak się stoi nad brzegiem ma się ochotę w nią zanurzyć, ale zdajemy sobie sprawę, że musi być też potwornie zimna.

Ruszamy i chyba już na początku mylimy drogę. Oczywiście nie ma tu oznakowanych żadnych szlaków turystycznych. Musimy się przecierać przez jakieś krzaczory, chaszcze, osuwistą ziemię itp. Futrzak, na którego padło niesienie gitary, przeklina ją niemiłosiernie. No bo po co było brać gitarę na taką wyprawę?! Jak to po co, żeby na niej grać.

Zaczyna padać. Na drodze pojawia się spory strumień, trzeba będzie się jakoś przeprawić na drugi brzeg.

A może by tak przeskoczyć?

A może by tak przeskoczyć?

Pada coraz bardziej, ale co tam. Próbujemy przejść po śliskim od deszczu pniu, ale nie wszyscy dają radę przejść bez zmoczenia nóg. Niektórzy od razu się poddają i idą w brud. Najdzielniejszy jest o. Eliot. Stoi po kolana w lodowatej wodzie i wszystkich przeprawia. W końcu jakoś dajemy radę.

Nadal pada, ale my twardo idziemy. Nagle słyszymy, jak spod drzew, woła nas jakaś rodzinka kazachska. Wchodzimy, a tam suchutko. Jak miło. Dzielą się z nami melonem i jabłkami, a my z nimi czekoladą i bardzo sympatycznie sobie rozmawiamy.

Żeby tak raz ten cholera plecak sam pod górę wlazł :)

Żeby tak raz ten cholera plecak sam pod górę wlazł :)

Ruszamy dalej. Droga jest cała rozmoknięta od deszczów. Wspinamy się więc po śliskim błocie z plecorami. Ale jesteśmy dzielni, podziwiamy też strumyczki, wodospady i w ogóle przyrodę kazachskich gór. Już bez większych przygód docieramy do drugiego jeziora Kulsajskiego.

Kulsajskie no 2

Kulsajskie no 2

Jezioro jest tylko nasze. Nikogo nie ma. Jest jeszcze piękniejsze niż pierwsze. W przejrzystej, kryształowej wodzie widać jak na dłoni zwalone pnie drzew i dno. Miejsce jest piękne i dzikie. Postanawiamy olać zakaz rozbijania się nad drugim jeziorem i poszukać dogodnego miejsca na obóz. Jakby co zwalimy wszystko na Asię, że jest chora i nie może już zejść z gór, bo nie ma sił. No co, przecież to prawda:)

Znów zaczyna padać, w oddali słychać pioruny. Brr. Szybko rozbijamy nad strumyczkiem namioty, żeby było gdzie się schować.

Naszyje pałatki. Dikich zwieriej jeścio niet :)

Naszyje pałatki. Dikich zwieriej jeścio niet :)

Nagle z krzaków wyłania się dżygit na koniu, cały zielony, ubrany w jakieś dziwne, fachowe, nieprzemakalne ciuchy. Wygląd jak jakiś duch. My udajemy głupich. Jak to, nie wolno się rozbijać przy drugim jeziorze. Najwięcej kituje o. Eliot.

Gość jednak nie miał sumienia nas przeganiać. Późna godzina, do tego pada i odgłosy burzy coraz bliżej.

Obóz rozbity, kolacja zjedzona, trzeba jeszcze obowiązkowo zrobić klaty życia. Idziemy więc kontemplować nad jezioro. Deszcz trochę ustał. Jest pięknie.

Wracamy do naszego obozu. No dobra idziemy na czaj do Kazachów. Trzeba się zintegrować, tym bardziej, że zapraszali. Bierzemy gitarę, czekoladę i uzbrajamy się w kubeczki. Walimy jeszcze po bani na odwagę, ustalamy strategię działania i delegacja z podziękowaniem rusza.

I gitara się jednak przydała

I gitara się jednak przydała

Czaimy się trochę i niepewnie pytamy „Czy stakańcik wódeczki na rozgrzewkę napijecie się?” Kazachowie na to „A macie? To dawajcie! Czemu dopiero teraz, my już tu prawie zamarzli”:) Rozsiadamy się przy ognisku i walimy banie z Kazachami z jednego kielonka. Pierwszy toast wypijamy za krasawice, a później to już poszło.

Jest naprawdę niezwykła atmosfera. Siedzimy sobie przy ognisku z Kazachami w wysokich, dzikich górach. Prowadzimy rozmowy o życiu i nie tylko. Gramy i śpiewamy nastrojowe piosenki. Nawet o. Eliot spełnia obietnicę i przejmuje gitarę ze słowami „Dobra już będę śpiewał, tylko żebym nie musiał już pić”. Jest po prostu pięknie.

Pytamy też Kazachów, dlaczego nie można się tu rozbijać. Oni na to, że jest tu ochronnaja zona. My „Jaka ochronnaja zona?” „No żeby nie płoszyć dzikich zwierząt.” „A jakie tu są zwierzęta?” „No wilki, dziki, niedźwiedzie.” No to pięknie, czy my tu w ogóle zaśniemy?

Wracamy do obozu z lekkim strachem. Kładziemy się spać. W głowach majaczą nam słowa Kazachów, straszą nas wizje burzy z piorunami, zwalonych drzew i zakradających się do namiotów niedźwiedzi.

This entry was posted in Kazachstan i Kirgistan


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/bartez09/public_html/syberia.m2.x25.pl/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1044