Header

Dzień 2, Niedziela (13.07.2008) – Ałmaty

Lądujemy ok. 11 godziny czasu lokalnego. Różnica między Warszawą a Ałmaty wynosi 4 godziny. Jesteśmy więc totalnie rozregulowani niedospaniem, potwornym zmęczeniem i zmianą czasu.

Nowe centrum Ałmaty

Nowe centrum Ałmaty

Musimy się jakoś dostać do kościoła katolickiego, gdzie mają nas przygarnąć na parę dni. Agnieszka ma wszystko pięknie wyrysowane przez Justynę (moją siostrę, która tu mieszkała), więc z trafieniem nie powinno być problemu. Zaczynamy się targować z taksówkarzami. Mamy prikaz od Justyny, żeby nie dać się orżnąć i maksymalnie zapłacić 1000 tengów, ale taksówkarze widząc białych czują zysk na odległość i nie jest łatwo. Zaczynają od sumy 11 tyś tengów! W końcu ulegamy przy sumie 2500 tengów za wszystkich, choć Agnieszka chciała się targować do upadłego:) Nikt jednak nie miał już siły.

Lokalny przystojniak

Lokalny przystojniak

Wysiadamy pod samym kościołem, upał niemiłosierny. Wchodzimy w sam środek mszy, podczas której prawie zasypiamy na stojąco. Jest chyba jakaś super uroczystość, bo mszę odprawia biskup. Później okazało się że biskup miał imieniny.

Chyba rzucamy się w oczy, bo bez trudu odnajduje nas ojciec Eliot. Prowadzi nas do salki pod kościołem, w której mamy spać. Sala jest super, ogromna, i cudownie chłodna, są nawet materace. Justyna uprzedzała nas, że nie będzie ciepłej wody i łazienki, ale okazuje się, że jest jednak prysznic, rewelacja. Zimna woda natomiast nam zupełnie nie przeszkadza.

Rozkładamy się z manelami, a w kościele z okazji imienin biskupa rozpoczyna się koncert wiolonczelisty. Nie mamy jednak sił tam iść. Jest niedziela, więc po parafii kręci się sporo ludzi, a ponieważ nasza sala jest przechodnia (można przez nią prosto z kościoła przejść do np. biblioteki) co chwilę ktoś wpada i zaraz przerażony umyka jak tylko nas zobaczy. Chyba wzbudzamy lekkie zainteresowanie.

Przychodzą też jakieś dwie dziewczyny, które studiują w Polsce i są teraz na wakacjach, z ofertą zorganizowania nam wycieczek po okolicach Ałmaty, bo podobno ich tata jest jakimś przewodnikiem. Wymieniamy się kontaktami i pytamy później o. Eliota co to za jedne, ale on nic nie wie. Zastanawiamy się jak one nas tu zlokalizowały. Oczywiście słuch po nich później zaginął. Pewnie tata nie miał czasu.

W końcu zwlekamy się z podłogi i ruszamy na miasto. Kościółek i teren parafii jest bardzo sympatyczny, ale jak tylko przekraczamy bramę, od razu dopada nas potworny kurz, brud i niemiłosierny upał. No cóż, Azja. Z trudem znajdujemy przystanek, skąd podobno jedzie jakiś autobus na tzw. Zielonyj Bazar. Z trudem, bo nie było żadnego przystanku. Stał jakiś ludź, od którego się dowiedzieliśmy, że coś tu jeździ. Nie ma oczywiście też żadnych rozkładów jazdy. Zastanawiamy się, skąd ci ludzie mają wiedzę o tym, co gdzie jeździ? Chyba przekazują ją po prostu z pokolenia na pokolenie.

Autobus z prowadnikiem

Autobus z prowadnikiem

Podjeżdża jakiś wątpliwej sprawności autobus, z którego wyskakuje jakiś gość i coś krzyczy. Orientujemy się, że on po prostu w ten sposób informuje ludzi na przystanku, gdzie jedzie. W każdym autobusie oprócz kierowcy jest też tzw. prowadnik, który teoretycznie sprzedaje bilety (do ręki dostaliśmy je tylko raz) i drze się w niebogłosy na przystankach. Fascynujące.

Wsiadamy. Autobus jedzie jak szalony, do tego tłok straszny. Na szczęście pootwierane są wszystkie możliwe okna, w przeciwnym wypadku byśmy się chyba udusili.

Wysiadamy i od razu wpadamy w tłum na bazarze. Jest super, to co lubimy najbardziej, a mianowicie rewelacyjne klimaty wschodnie czekające tylko na to, żeby je sfotografować. Na bazarze, oprócz zwykłych stoisk z ciuchami czy owocami, można też na przykład napić się kumysu – sfermentowanego mleka wielbłądziego, oranżady z prawdziwego saturatora czy kwasu chlebowego, albo skorzystać z usługi wróżki lub wróżbity. Jest tu ich pełno, i są naprawdę ciekawi, to jakaś pani błyska złotymi zębami, to pan z garścią fasolek wyczynia coś nad nimi zapaloną zapalniczką. Naprawdę niezły folklor!

Powróżyć z fasolki?

Powróżyć z fasolki?

Docieramy do meczetu. W środku rozkładamy się na dywanach i z uznaniem patrzymy na leżących plackiem, modlących się muzułmanów. Jak się okazało gorliwi muzułmanie po prostu spali. Fajne miejsce na drzemkę:)

W meczecie...

W meczecie…

Ruszamy dalej. W parku miejskim podziwiamy tym razem cerkiew. No niezłą mamy niedzielę. Zaliczyliśmy już kościół katolicki, meczet i teraz cerkiew. W parku podziwiamy jeszcze jakiś wieczny ogień i socjalistyczną, ogromną rzeźbę ku chwale sałdatów.

I w cerkwi

I w cerkwi

Rozsiadamy się na schodach i robimy postój na doskonałe piwko Baltika, po którym bardzo szybko jesteśmy szczęśliwi. Jest to jakiś kompleks oficerski, gdzie chyba nie można robić zdjęć, bo co chwilę obserwujemy jak jakiś saładat gwiżdże na tych, co coś tam próbują zdziałać, ale nie do końca wiemy o co mu chodzi.

My w każdym bądź razie zdjęcia robimy. Bartek w tym celu chowa się za krzakiem. Wtem, patrzymy sałdat do nas się zbliża i dalej macha na Bartka, który wydał mu się podejrzany, no bo co on tam robi za tym krzakiem?! Lekko dziabnięty Bartek demonstruje więc strażnikowi jak przykuca, i jak robi foty. „Acha, nu to dawaj zdiełajem wam snimku”, i gość który wcześniej gwizdał, że nie wolno, sam nam robi zdjęcia. Fajni są ci Kazachowie.

Po zrobieniu tego zdjęcia milicjant poinformował nas, że za picie w miejscu publicznym grozi mandat

Po zrobieniu tego zdjęcia milicjant poinformował nas, że za picie w miejscu publicznym grozi mandat

Wracamy, robimy jeszcze po drodze zakupy na wieczór. W domu, bo od teraz Ałmaty będzie naszym domem, ustalamy plan na najbliższe dni i robimy kolejną inaugurację, tym razem w pełnym składzie.

Polecona przez pana w sklepie wódeczka jest wyśmienita. Wyciągamy gitarkę i znów wracają do życia nasze wszystkie ulubione piosenki. Te chwile na tych naszych zwariowanych tułaczkach są naprawdę niezwykłe i warte taszczenia gitary. Wszyscy, lekko już dziabnięci, się wzruszamy, jak to my super śpiewamy i jak to jest nam cudownie. Agnieszka wzrusza się do tego stopnia, że aż się rozpłakała i stwierdziła, że odnalazła sens swojego życia:)

Później, gdy już wszyscy leżymy, zachwycamy się jeszcze świetlikiem, który lata po salce. Asia jest wielce ukontentowana, bo stwierdza, że pierwszy raz widzi na żywo świetlika. Co prawda, świetlik okazał się później pulsatorem od czujników dymu, ale i tak było pięknie.

Cytat dnia: „Sercem gdzie siadał sierścią zarosło” (Laura o „Majstrze Biedzie”)

This entry was posted in Kazachstan i Kirgistan


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/bartez09/public_html/syberia.m2.x25.pl/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1044