Header

Dzień 2, Sobota (07.03.2009) – Lima

O świcie zbieramy się na lot do Madrytu. Cieszymy się na śniadanko w samolocie, a tu rozczarowanie, jak chcesz zjeść pyszne śniadanko to musisz je sobie kupić. Większość jednak włącza wyprawowy tryb oszczędnościowy i się nie daje.

Międzylądowanie w Madrycie. Poddajemy się i idziemy coś przekąsić. Ładujemy się do kolejnego samolotu. W końcu pyszne jedzonko. Lecimy, śpimy, jemy, lecimy, śpimy. Nareszcie, z podglądem na żywo, lądujemy w Limie. Jesteśmy w Ameryce Południowej!

Wychodzimy, patrzymy, stoi pani z napisem Furtak Joanna! Spotykamy też friendów Beaty i Rafała. No super, wszyscy nas tu znają. Czy to aby na pewno Peru?

Berta odebrała nas z lotniska i zawiozła do hotelu. Ale wypas :)

Berta odebrała nas z lotniska i zawiozła do hotelu. Ale wypas :)

Jedziemy do hotelu. Po drodze próbujemy jeszcze załatwić bilety do Iquitos, ale ceny zaporowe, na razie odpuszczamy. Zresztą Lima wzywa, nie ma czasu do stracenia!

Hotel Espana, który Asia znalazła w Internecie, jest naprawdę super. Obszerny kolonialny dom, z mnóstwem zakamarków, przytulnych pokoików, pełen starych rzeźb i portretów. Jest niesamowity, i co najważniejsze niedrogi, podoba nam się bardzo.

Friendy proponują wycieczkę na miasto. Padamy na twarz, ale co tam, trzeba korzystać. Zawożą nas najpierw do fast fooda. No cóż, nie jest to coś, czego pragniemy doświadczyć w Ameryce Południowej, ale udajemy, że jest git. Pijemy cziczę i Ince Colę, narodowe napoje peruwiańskie, a niektórzy skusili się na bułę.

Piękne kolonialne budynki na Plaza de Armas (tzn. na Placu Broni - czyżby czytali Ferenca Molnara)

Piękne kolonialne budynki na Plaza de Armas (tzn. na Placu Broni – czyżby czytali Ferenca Molnara)

Dobra, pojedli, to chodźmy wreszcie coś zwiedzić. Friendy mówią, nad ocean! No, to jest to! Chodźmy tam na nogach, to jest przecież blisko! Friend przerażony naszym pomysłem ładuje nas czym prędzej do taksówek. Wieczorne spacery po Limie są co najmniej nie wskazane, a tym bardziej dla białych turystów. No to zaczyna się, rzeczywiście w przewodnikach straszą na każdej stronie, że niebezpiecznie, że kradną, że porywają. Jeśli nawet Havier się boi, to rzeczywiści trzeba będzie się mieć na baczności.

Jedziemy i już sobie wyobrażamy jak moczymy nogi w oceanie i słuchamy fal, ale niestety, nasze wyobrażenie o spędzaniu czasu nad oceanem, odbiega daleko od wyobrażeń naszych friendów. Zabierają nas na jakiś super wypasiony deptak na skale dla burżujów! Ocean gdzieś w dole, ledwo go widać, a o słuchaniu fal można zapomnieć. A mogliśmy się nałoić na Plaza de Armas.

Jesteśmy w Miraflores „eleganckim, snobistycznym centrum biznesu, skupiającym najlepsze w mieście hotele, restauracje i kawiarnie, centrum życia nocnego, położone na klifowym urwisku nad oceanem”, jak opisuje przewodnik. Dobra nasza, tę część miasta mamy zaliczoną :)

Miraflores - a my liczyliśmy na piaszczystą plażę i romantyczne spacery :)

Miraflores – a my liczyliśmy na piaszczystą plażę i romantyczne spacery :)

Jest 1 w nocy, dla nas 7 rano i druga z rzędu nieprzespana noc! Padamy jak stoimy! O 4 rano musimy wstać na wycieczkę do Paracas!!! No, niezły hardcore jak na początek.

This entry was posted in Ameryka Południowa


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/bartez09/public_html/syberia.m2.x25.pl/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1044