Header

Dzień 3, Niedziela (08.03.2009) – Paracas

Wstajemy nieprzytomni o 4 rano. Pani z portierni zamawia nam taksówki. Na jakimś dworcu kupujemy bilety do Pisco. Autobus spoko.

Wysiadamy i od razu atakują nas chętni, którzy chcą nam zorganizować super wycieczkę. Dogadujemy się i jedziemy busem. Jeszcze nie zdążyliśmy z niego wysiąść a już atakują nas chętni, którzy chcą nam sprzedać super kapelusze i inne super badziewie, ale nie dajemy się na razie. Zanim wysiądziemy musimy jeszcze się wpisać na listę i podać szczegółowe dane, łącznie z wiekiem!

Dobra, czy możemy w końcu wysiąść? Mamy chwilę czasu, więc idziemy na śniadanko. Jemy pysznie i zachwycamy się świeżo wyciskanym sokiem, co jak się okazało w czasie naszej tułaczki, jest normą w Ameryce Południowej. Soki mają pierwsza klasa! Świeże, pyszne i robione z wszelakiej maści, nieznanych nam często, owoców.

Wsiadamy na łódkę, płyniemy sobie, pijemy servezę, pstrykamy fotki i jest cudnie. Po drodze mijamy jakiś kandelabr wyryty przez Indian na pustyni, który obowiązkowo uwieczniamy, ale najciekawsze dopiero przed nami.

Prawie jak w Nasca

Prawie jak w Nasca

Dopływamy do wysp rezerwatu Paracas i nie możemy wręcz zamknąć paszcz z wrażenia, a aparaty rozgrzewają się nam do czerwoności.

Rezerwat Paracas

Rezerwat Paracas

Poraża nas ilość ptaków takich jak głuptaki, pelikany, flamingi, a nawet ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu pingwiny! Na brzegach tłoczą się też ogromne kolonie lwów morskich z młodymi. Podpływamy łódką niemalże pod same brzegi wysp. Jesteśmy wprost zachwyceni i zapstrykujemy się na śmierć.

Teraz to wszystko trzeba będzie wykarmić i wychować :)

Teraz to wszystko trzeba będzie wykarmić i wychować :)

Po około dwóch godzinach wracamy pełni wrażeń. Zwiedzamy maleńkie, nadbrzeżne miasteczko, które ogranicza się do ryneczku, plaży i masy straganów z peruwiańską tandetą. Okazuje się jednak, że peruwiańska tandeta wcale nie jest tandetna. Wszystko jest śliczne, ręcznie robione, naprawdę fajne rzeczy robią ci Indiańce. Co poniektórzy nie mogą się im oprzeć.

Jaki kraj taka Cepelia

Jaki kraj taka Cepelia

O pierwszej, zgodnie z umową, czekamy na panią, ale pani coś się spóźnia.. Umilamy sobie czas jedząc jakieś dziwne lody figowe i flaczki z grilla, całkiem dobre. Czas płynie, a naszej pani jak nie było, tak nie ma. Chyba daliśmy się zrobić Peruwiańczykom, ale nie, po pół godzinie zjawia się wyluzowana pani jak gdyby nic! Dobra, najważniejsze, że się nie daliśmy.

W drodze powrotnej, bardziej trzeźwi i świadomi niż rano, oglądamy slumsy na przedmieściach Limy, i cieszymy się, że widzimy to tylko z autobusu.

W hotelu pojawia się poważny problem decyzyjny. Czy wydajemy ogromną kasę na samolot do Iquitos? W końcu decyzja. Lecimy. Trudno, raz się żyje, więcej pewnie tu nie przylecimy.

No to nadeszła wreszcie pora, aby rozpocząć wieczór panieńsko-kawalerski. Idziemy do super knajpki. Jemy pyszne, peruwiańskie jedzonko, jak chociażby słynne ceviche (czyt. sewicze). Marynowana w limonce i cebuli ryba, smakuje naprawdę oryginalnie. No i oczywiście ogromne cerveza. Cudnie.

Czekając na ceviche

Czekając na ceviche

Idziemy na piechotę zwiedzić centrum Limy. Chyba nikt nie zaczepi takiej dziewięcioosobowej bandy z czterema rosłymi chłopami :) .

Pięknie oświetlone, kolonialne centrum Limy jest naprawdę wporzo. Trochę spacerujemy i pstrykamy, ale słaniamy się na nogach, bo przez ostatnie trzy doby spaliśmy średnio jakieś trzy godziny! Dobra, dość zwiedzania, kupujemy colę i wracamy.

W naszym hoteliku siedzimy sobie na dachu, troszkę śpiewamy, troszkę gramy i pijemy panieńsko-kawalerską flaszku. Jutro ślub Ani i Bartka! Młodzi zastanówcie się, jeszcze możecie się wycofać :) .

This entry was posted in Ameryka Południowa


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/bartez09/public_html/syberia.m2.x25.pl/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1044