• Chiny »
  • Dzień 3, poniedziałek (30.04.2007) Mur Chiński
Header

Dzień 3, poniedziałek (30.04.2007) Mur Chiński

Z wielkim trudem zwlekamy się z posłań (dla nas to jednak środek nocy) bo mamy przecież umówionego busa, który ma po nas przyjechać. Bus spóźnia się tylko… godzinkę! Okazuje się, że kierowcy biur turystycznych też nie znają miasta, dlaczego nas to nie dziwi:) Ale jest git, jedziemy przecież zobaczyć jedną z największych atrakcji Chin. Pani Chinka jest wporzo, kuma po angielsku więc jest dobrze.

W planie wycieczki jest po drodze zwiedzanie grobowców dynastii Ming. Dobra, możemy to zaliczyć. Grobowce są ok, choć nie do końca wiadomo gdzie właściwie się mieszczą, ale budynki całkiem, całkiem. Typowa chińska zabudowa, więc nam się podoba jak najbardziej.

Brama do grobowców

Brama do grobowców

Jedziemy dalej. Okazuje się, że w planie wycieczki jest również odwiedzenie szpitala, gdzie leczy się starymi chińskimi metodami. Wporzo, Pewnie, że chcemy to zobaczyć. Nasza przewodniczka prowadzi nas do jakiejś sali. Siadamy, wchodzi Pan Chińczyk w białym fartuchu, okazuje się, że jakiś ichniejszy profesor?! Jesteśmy lekko zdziwieni ale super, opowiada nam o Jing, Jang i próbuje przybliżyć o so chodzi z tą ich medycyną. Nagle kończy się wykład i do sali wchodzi cały tłum Chińczyków w kitlach z poważnymi minami i każdy przedstawia się profesor taki a siaki. Jesteśmy w lekkim szoku, chwila paniki, zamkną nas i zostaniemy dawcami organów, przewodniczka wsiąkła, może uciekać?:) Każdy profesor rozsiada się przed nami, a obok niego tłumaczka i teraz każdy po kolei ma podejść na badanie!!! Na szczęście nie kazali się nam rozbierać, trzeba było tylko pokazać język i odpowiedzieć na kilka pytań. I tak okazało się, że wszyscy mamy złą energię, niektórym chciano przepisać leki, a mnie nawet chcieli zostawić w tym ich szpitalu na miesiąc! Natomiast Jodasowi zasugerowano, żeby mniej pił, bo ma chorą wątrobę:) Przez dłuższą chwilę jeszcze nie możemy się otrząsnąć po diagnozie.

Kolejny punkt wycieczki to… nie, nie, jeszcze nie Mur Chiński, obiadek, który jest included. Już się cieszymy na kolejną atrakcję. Wchodzimy do ogromnej sali wielkości boiska, w którym stoją ciasno ustawione okrągłe stoły z dymiącymi garnkami na środku a dookoła każdego pełno Chińczyków. Jedzą, za przeproszeniem, jak świnie. Plują pod stół i robią straszny syf, nie tylko na stołach ale również pod! W Chinach to podobno normalne więc staramy się nie dziwić za bardzo:) Nas na szczęście umieszczają w jakiejś oddzielnej salce dla białasów. Jedzonko jest bardzo dobre. Na obrotowym stole stoi pełno naczyń z różnorakimi daniami. Wszelakiej maści smażone warzywa, różnie przyrządzone mięsko, no i oczywiście ryż, jest git! Wszyscy zamawiają pidżiu, czyli całkiem dobre chińskie piwko, z wyjątkiem Jodasa, który wziął sobie do serca postawioną w chińskim szpitalu diagnozę:)

Ich "dzielni żołnierze uśmiechnięci i młodzi, trzymają straż" w miejscach dla turystów

Ich „dzielni żołnierze uśmiechnięci i młodzi, trzymają straż” w miejscach dla turystów

No dobrze. Czy możemy w końcu zobaczyć ten mur? Nie, jeszcze obowiązkowa wizyta w sklepie z cenami dla białych turystów. W końcu ostatni punkt programu. Wsiadamy w jakąś kolejkę, na którą daliśmy się naciągnąć (nie była included) , bo podobno jest strasznie długie i trudne podejście. Niech im będzie. Kolejka zapitala z prędkością żółwia i jazda trwa zadziwiająco krótko jak na takie długie podejście:) ale za to jest śmiesznie. No, jesteśmy. Jest trochę mgła, ale i tak widać jak mur się ciągnie i ciągnie po grzbietach gór.

Ten widok "prawie bez turystów" trwał jedną milionową sekundy

Ten widok „prawie bez turystów” trwał jedną milionową sekundy

Robi wrażenie. W planie wycieczki jest teraz czas wolny, więc idziemy sobie na wędrówkę po murze. Chińczyków, zatrzęsienie! Do tego stopnia, że czasem trzeba się normalnie przepychać, żeby przejść dalej. Część muru udostępniona do zwiedzania jest pięknie odrestaurowana, więc trochę tandeta, najciekawiej pewnie jest tam, gdzie nie wolno wchodzić, ale cóż i tak jest wystarczająco ciekawie głównie z powodu zwiedzających Chińczyków. Po raz pierwszy uświadamiamy sobie, że jesteśmy dla nich niezłą atrakcją. Mało tego, że się na nas lampią bez obciachu to robią sobie z nami zdjęcia! Pora wracać. Wzdłuż drogi powrotnej jest oczywiście pełno sklepów z chińską tandetą, obok której, na razie jeszcze, trudno nam przejść obojętnie. Trzymają tam też żywe niedźwiadki, żeby turyści sobie mogli popatrzeć lub nakarmić za parę juanów. Wracamy, po drodze burza z piorunami, ledwo zdążyliśmy jej uciec.

No dobra, koniec tego dobrego pora iść na kolację. W przewodniku jest napisane, że nie wolno opuścić Chin nie spróbowawszy „kaczki po pekińsku” więc trzeba to zaliczyć i to w Pekinie. Idziemy do restauracji, siedzą głównie turyści więc mamy nadzieję, że będzie dobre. Kaczka, a właściwie dwie, przeszła nasze oczekiwania, była po prostu pyszna. Rachunek jak na Chiny też niczego sobie:)

Widok na nocny Pekin

Widok na nocny Pekin

Zjeżdżamy w dół i okazuje się, że jest to ogromny moloch, gdzie na wszystkich piętrach (z wyjątkiem ostatniego, gdzie jest restauracja) są sklepiki po prostu ze wszystkim co tylko można sobie wyobrazić, pamiątkami, porcelaną, ciuchami, elektroniką, biżuterią, herbatą i czym tam jeszcze chcecie. Sklep z przeznaczeniem zakupów dla, głównie białych, turystów. Każdy robi plany co kupi jak będziemy wyjeżdżać już z Chin.

Wracamy. Astronom i Jodas idą jeszcze po wódkę. Okazuje się, że jest tylko chińska. Kupują w miarę drogą, żeby się dało pić. Sprzedawczynie nie wiedzieć czemu śmieją się do rozpuku. Wieczorem chłopcy wyskakują jeszcze załatwić bilety do Szanghaju, co udaje się prawie bez problemu. Najpierw taksówkarz nie wie oczywiście gdzie ma jechać choć dworzec kolejowy jest 20 min na piechotę od domu Ryśka. Później tylko przez ok. pół godziny musieli łazić po dworcu tam i z powrotem, żeby dowiedzieć się od kogoś gdzie są kasy międzynarodowe. Było to trochę trudne, bo nikt na dworcu nie rozumiał słowa „international”. W końcu okazało się, że kasy na prawie wszystkich dworcach kolejowych są na zewnątrz dworca. A ta, w której siedzi osoba kumająca inglisza ma napis „ticket office”. Pozostałe mają chińskie krzaczki. Kolejka do naszej kasy jak w Warszawie po wizy do Ameryki. Kolejka idzie jednak bardzo sprawnie. Każdy kolejny Chińczyk podchodzi do kasy i gada coś po ichniemu „sia siu ba bu szi…” na to kasjerka kręci głową i Chińczyk odchodzi. Chłopaków oblał zimny pot. No to pojedziemy do d..py.

A jednak bilety do Szanghaju były (co prawda tylko lepsiejszą klasą „soft sleeper” za 500 juanów), więc wyprawa na dworzec zakończyła się sukcesem.

Wieczorem wyciągamy wódeczkę, gitarkę i rozpoczynamy imprezę. Wódka chińska okazuje się totalnym nieporozumieniem!

Autorka bloga z ulubionym alkoholem :) i przepojką

Autorka bloga z ulubionym alkoholem :) i przepojką

Potwornie śmierdzi, a smakuje prawie tak samo jak pachnie. Zaczynamy rozumieć z czego śmiały się sprzedawczynie w sklepie. Ale co tam, my nie damy rady! Ale daliśmy radę tylko połowie przewidzianego przydziału na wieczór! Szło nam nieźle, ale ten niemiłosierny odór. Trzeba było za każdym razem szybko zamykać flaszkę:) Hasło wieczoru: Pij szybciej bo śmierdzi!

This entry was posted in Chiny


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/bartez09/public_html/syberia.m2.x25.pl/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1044