Header

Dzień 4, Poniedziałek (09.03.2009) – Ślub

Nareszcie nie musimy się zrywać o świcie, ale i tak delikatne podniecenie i zamieszanie wokół ślubu oraz wycieczki do dżungli zaraz po nim, robią swoje. Wszyscy jesteśmy pięknie spaleni przez wczorajsze słońce! Wyglądamy przekomicznie, nie wyłączając państwa młodych, z czerwonymi nosami, ale konkurs na makijaż weselny zdecydowanie wygrywa Astronom, który ma na czole odbity piękny wzór od czapki, którą miał ubraną tył na przód!

Astronom, słońce i konsul.

Astronom, słońce i konsul.

Następuje wielkie czesanie panny młodej, wszyscy ubierają niemalże eleganckie stroje i jednocześnie pakują się na podróż poślubną, w której wszyscy będziemy uczestniczyć :)

Żeby rozładować delikatne podenerwowanie państwa młodych, polewamy obficie wódeczkę.

Podjeżdża nasza znajoma taksówka z Bertą. Wzbudzamy delikatną sensację, eleganckie sukienki i wielkie plecory. Ruszamy, za oknem Lima, w aucie wódeczka, a do tego romantyczna muzyczka z dedykacją dla narzeczonych. No no, niezłe klimaty! Ania tylko co chwilę krzyczy, widząc jakieś krzaki z kwiatkami, zatrzymajcie się, muszę sobie urwać bukiet ślubny.

Wysiadamy. Pannie młodej nadal brakuje bukietu. Dobra, trzeba działać. Pod ambasadą rośnie krzak hibiskusa. Ania bez skrupułów okrada więc skarb państwa polskiego i urywa sobie śliczny kwiat. No co, przecież panna młoda musi mieć bukiet!

Wchodzimy. Młodzi mają nawet jednego prawdziwego gościa. Przyszedł Havier. W środku jest bardzo domowo, rozsiadamy się na kanapach i czekamy na rozwój wydarzeń.

Małżeństwo to podstawowa komórka społeczna... czy jakoś tak

Małżeństwo to podstawowa komórka społeczna… czy jakoś tak

No w końcu nadchodzi ta chwila i Ania z Bartkiem dołączają do grona małżeństw!!!

Gratulacje Grubasy!!!

I żyli długo i szczęśliwie...

I żyli długo i szczęśliwie…

Składamy życzenia, pijemy szampana, rozmawiamy z konsulem. Idziemy też na małą sesję fotograficzną, super ogród, śpiewają papugi, nawet żółw przyszedł, dołączyć się do życzeń. Jest bardzo sympatycznie, ale na nas pora.

My, konsul i żółw w ogrodach konsulatu Polski w Limie

My, konsul i żółw w ogrodach konsulatu Polski w Limie

Przechodzimy metamorfozę w kibelku u konsula. Zrzucamy nasze kreacje na dno plecaków, a nawet zostawiamy część garderoby na ulicy. No przecież nie będziemy wieźli do dżungli starych butów. Czas rozpocząć podróż poślubną.

Na lotnisku zabierają Astronomowi kultowy, syberyjski nóż. Cóż za strata.

Samolot, który został ochrzczony przez Bartka godzillą, jest rzeczywiście dość straszny. Wydaje dziwne odgłosy, ale to i tak nic w porównaniu z tym, jak pilot startuje. Zaczyna nabierać rozpędu jeszcze będąc na zakręcie, zanim ustawi się na pasie! No nie, oni powariowali czy co! Dobra lecimy. Godzilla daje znać.

Wtem okazuje się, że atrakcje związane z lotem do dżungli będą podwójne, gdyż zaliczamy międzylądowanie w Tarapoto (prawie jak tarapaty) i znów wchodzimy w zakręt niemal z piskiem opon! O Boże, żebyśmy tylko tam dolecieli.

W końcu Iquitos. Miasto wybudowane w samym środku dżungli, do którego nie prowadzą żadne drogi! Można się tam dostać tylko samolotem lub statkiem.

Lotnisko wygląda jak dworzec autobusowy na najgłębszej polskiej prowincji, z tą różnicą, że dookoła rosną palmy.

Z samolotu drałujemy na piechotę do odprawy

Z samolotu drałujemy na piechotę do odprawy

Z hali widzimy jakiegoś Indiańca z kartką Joanna Furtak. Lekko się niepokoimy, bo nie ma plecaka Natalii. Pan z kartką też jest chyba niespokojny, bo kartkę trzyma coraz wyżej i nerwowo przebiera nogami. Dobra jest plecak, uff.

Nasz Indianiec twierdzi, żebyśmy się niczym nie martwili, bo wszystko jest included i pakuje nas w motoriksze.

Ruszamy. Motoriksze są czadowe. Zapitalają, aż się kurzy. Miasto wygląda po prostu jak nie z tej ziemi! Praktycznie nie ma samochodów, no bo po co, jak stąd i tak nigdzie nie można wyjechać, a żeby poruszać się po mieście motoriksze w zupełności wystarczą. Do tego cały rok jest ciepło. Iquitos roi się więc od kolorowych motoriksz, prześcigających się nawzajem w wąskich uliczkach. Coś niezwykłego!

Taksówki w Iquitos

Taksówki w Iquitos

Trafiamy do jakiejś nawiedzonej Amerykanki, która mieszka w Iquitos od 4 lat i mówi o sobie, że jest Cristal Corazon de Amor (UWAGA JESTEŚMY NA FIRMOWEJ STRONIE HOSTELU!!!), bo jak twierdzi całe to swoje kryształowe serce miłości oddaje biednym Indianom. Jak się później domyśliliśmy oddaje im, a dokładnie dwóm młodym Indiańcom, nie tylko serce:) Mieszkamy generalnie u niej w domu. Jest git!

Dobra, pora sprawdzić co tak naprawdę jest included w tej wycieczce, którą nam zaoferował nasz Indianiec. Negocjacjom nie ma końca. Gość wyciąga mapę świata i pokazuje nam mniej więcej Indonezję, Australię i wodząc palcem tłumaczy, że tędy i tędy będziemy płynąć!!! Nie możemy wprost uwierzyć, gość nie ma zielonego pojęcia jak czytać mapę! Gdzie on nas wywiezie z tą swoją orientacją! Mamy jednak nadzieję, że w terenie to sobie poradzi i chyba nie zgubi się w tym swoim lesie:) Za to całkiem nieźle mówi po angielsku, dzięki Cristal oczywiście.

W końcu dogadujemy się. Zostajemy ochrzczeni „Joanna Futrak Team”. Wycieczka zapowiada się naprawdę ciekawie. Popłyniemy w zupełnie dzikie miejsce, tam gdzie urodził się i wychował nasz Miguel, będziemy spać w prawdziwej wiosce indiańskiej i w dżungli w hamakach, a nie jak tandetni gringos (biali) w specjalnie dla nich przeznaczonych domkach, w rezerwacie, gdzie łowią dyżurną anakondę czekającą na nich w kałuży. Jutro wyruszamy na trzy dni w Dżunglę Amazońską! Brzmi podniecająco!

Rozlokowujemy się w domu u Cristal. Nowożeńcy dostają super pokoik, jakby na nich czekał:) Chwilę odpoczywamy, a chłopy idą na małe zakupy, w celu zaopatrzenia się w repelenty, bo jak się naczytaliśmy, bez tego w dżungli ani rusz ponieważ komary oblepiają ludzi od góry do dołu. Kupują więc całą reklamówkę repelentów i zastanawiają się dlaczego wszyscy w sklepie dziwnie się na nich patrzą.

Pora w końcu zjeść obiad weselny. Ruszamy więc rikszami na miasto i trafiamy do fantastycznej knajpki, która serwuje między innymi szaszłyki z cocodrillo i ryby pieczone w liściach bananowca. Ale menu to nic w porównaniu z tym co widzimy przed knajpką. Trzech dziadków, rodem z Buena Vista Social Club. Siedzą i grają tak niesamowicie, że wręcz nie możemy się otrząsnąć. Robią piorunujące wrażenie! W samym środku dżungli coś takiego!!!

Buena Vista Jungle Club

Buena Vista Jungle Club

Rozsiadamy się wygodnie, wszystko jest wyśmienite, obficie raczymy się piwkiem i jesteśmy szczęśliwi, ale najbardziej szczęśliwi są oczywiście państwo młodzi. Specjalnie dla nich zamawiamy walca na żywo. Okazuje się, że nasi muzykanci nie mają z tym większego problemu. Cała knajpa bije brawo Ani i Bartkowi i składa gratulacje. No, na takim weselu to jeszcze nikt z nas nie był!

Wracamy. Robimy dalszy ciąg imprezy z uroczystym wręczeniem prezentu, a właściwie instrukcji obsługi do niego:) Kto by to taszczył w plecaku. Impreza jest doskonała. Przychodzi też Crystal i łoi z nami aż miło. Lekko wstawiona opowiada o sercu na dłoni i tym podobne, a jak się dowiedziała, że Ania jest starsza od swojego męża uśmiechnęła się z aprobatą i dodała, że ona też woli młodszych w łóżku:)

This entry was posted in Ameryka Południowa


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/bartez09/public_html/syberia.m2.x25.pl/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1044