Header

Dzień 7, Czwartek (12.03.2009) – Jungle III

Wstajemy o 5.30. Co to dla nas. Ania strzepuje z moskitiery jakąś straszną, włochatą tarantulę, brrr.Płyniemy, podziwiamy jungle, birds oraz ogromne turkusowe motyle. Są piękne. Udajemy się na pirania fishing.

Nagle Miguel delikatnie podekscytowany mówi, że tam jest leniwiec i pokazuje gdzieś na drzewa. Co on tam widzi? A jednak, po chwili widzimy coś się rusza wysoko, wysoko na jakiejś palmie. Wtem nasz Indianiec na bosaka hop hop i jest już na czubku palmy. Jesteśmy pod wrażeniem. Migiel próbuje przekonać biednego leniwca żeby zszedł niżej i nam się pokazał.

Leniwiec popatrzył na nas z góry

Leniwiec popatrzył na nas z góry

Leniwiec zamiast tego wskakuje do wody, żeby uciec od natręta, jest to bowiem jedyny sposób dla tak wolnego stworzonka.

Nasi Indianie podają biedakowi gałąź, a on tak nieporadnie wyciąga łapki, przypomina małe, bezbronne dziecko. Jest uroczy, zachwytom niema końca.

Zaczajamy się gdzieś między drzewami na piranie. Nasi koledzy z dżungli robią nam na poczekaniu wędki z patyków, na których zawieszają żywe mięso. Fajnie. Piranie jednak nas olewają. W porze deszczowej mają pod dostatkiem pożywienia, są obżarte i gardzą naszą przynętą.

Pora wracać. Zatrzymujemy się w naszej znajomej wiosce na obiad.

Prawie jak w domu :)

Prawie jak w domu :)

Asia i Futrzak robią własnoręcznie kompot z kamu kamu. Robi się go bardzo higienicznie, jak zresztą wszystko tutaj. Wiadro wody, w wodzie małe czerwone kulki tego dziwnego owocu, i ręcznie wydłubuje się w tej wodzie pestkii wyciska co się da. Kompot gotowy. Jemy spaghetti, pijemy pyszny kompocik  i wracamy do cywilizacji. Znów na zmianę słońce i deszcz, znów dżungla, znów łódka jest naszym domem. Płyniemy i płyniemy.

Na łódce wyjadamy ostatnie zapasy. Oczywiście największe wizięcie mają papaje :)

Na łódce wyjadamy ostatnie zapasy. Oczywiście największe wizięcie mają papaje :)

W końcu docieramy do wioski, co poniektórzy skusili się jeszcze na hamak za 15 zł. I znów Amazonka i w końcu Iquitos, prawdziwa cywilizacja!!!

Migiel dowozi nas na samo lotnisko, solidna firma. Wyglądamy jak ostatnie sieroty, wymęczeni, przemoczeni, brudni, a co najgorsze niedopici. W związku z czym rzucamy się na piwo, pijemy je jak wodę, wszyscy momentalnie łapią fazę. Czy Natalia jest naprawdę w piżamie czy to omamy po malaronie i piwie?!

Lecimy. Samolot marki Baj znów robi godzillę przy lądowaniu, ale już mniej nas to wzrusza. Wszyscy jesteśmy tak wymęczeni i senni, że niemal przegapiamy lądowanie.

Nasza Berta już czeka. Jak cudownie. Nasz hotel Espania w Limie, niemal jak w domu. Wszelkie próby zorganizowania wyjścia do jakiejś knajpki na kolację, nie wiedzieć czemu, się nie udały. Nie możemy się po prostu pozbierać, jakbyśmy byli wszyscy w transie. W związku z czym dokładamy sobie jeszcze i bierzemy malarone na pusty żołądek, padamy. Jutro pobudka o 4.30! I to jest prawdziwy hardcore!

This entry was posted in Ameryka Południowa


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/bartez09/public_html/syberia.m2.x25.pl/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1044