Header

Dzień 8, Piątek (13.03.2009) – Cuzco

4.30. Taksówka. Lotnisko. Znów lecimy. Lądowanie. Jesteśmy w Cuzco, dawnej stolicy Inków.

Coś się dzieje. Wszystkim kleją się oczy (to jeszcze da się wytłumaczyć), kręci się w głowie, serce wali, zadyszka po paru krokach, do tego co poniektórym robi się niedobrze. No tego już za wiele, to nie może być tylko zmęczenie.

Oczywiście, zdajemy sobie doskonale sprawę o co chodzi. Jesteśmy na wysokości 3326m n.p.m. To nic innego jak choroba wysokościowa – soroche.

Idziemy, a właściwie słaniamy się, jak by nas kto walnął obuchem w łeb. Patrzymy stoi gość z kartką Furtak! Czy to jakieś omamy. No nie, chyba wszyscy w Peru już nas znają! Dobra jedziemy z nim do hotelu. Kto by miał siłę szukać czegoś. Hotel jest jednak bardzo sympatyczny.

Cuzco. Panie tu noszą gustowne kapelusze

Cuzco. Panie tu noszą gustowne kapelusze

Przychodzi Ronaldo. Nasz peruwiański przyjaciel. Kręci jak się da. A to nie ma tanich biletów na Machu Picchu, a to, że już wszystkie dawno wyprzedane, a to, że na pewno się nie dostaniemy do Machu Picchu, bez jego pomocy, że on nam wszystko załatwi, kupi wszystkie bilety, i że po prostu nie mamy wyjścia i musimy z nim jechać, bo bez niego przepadniemy z kretesem, a w dodatku on jest naprawdę naszym przyjacielem.

A my co na to? Robimy klasyczny błąd opisywany w przewodnikach. Dajemy się na to złapać! My, doświadczeni w bojach hardcorowcy! Jak to możliwe, będziemy się później zastanawiać i usprawiedliwiać. Przecież mamy soroche, a Ronaldo sprytnie to wykorzystał.

No więc zamiast wszystko dokładnie sprawdzić, nie godzić się na pierwszą ofertę i pierwszego przewodnika oddajemy mu cała kasę i aż płaczemy, tyle to wszystko kosztuje. Może rzeczywiście nie ma tych biletów i Ronaldo to nasza jedyna nadzieja.

Idziemy na miasto. Trzeba coś zjeść i napić się czym prędzej herbatki z liści koki. Tomka dopada soroche w wersji hard. W ogóle chłopaki jakoś gorzej to znoszą. Natomiast dziewczyny generalnie ok. Taki fajny stan jak po jednym, no może dwóch, piwkach. Kto daje radę, idzie zwiedzać.

Nawet jedzenie idzie nam opornie

Nawet jedzenie idzie nam opornie

Cuzco śliczne. Wąskie uliczki, wszędzie słynne kamienie Inków, piękne kolonialne zabytki, kościoły i super atmosfera.

Po jakimś czasie doczłapują chłopaki. Chodzimy sobie leniwie po zaułkach, opstrykujemy autochtonów w narodowych strojach, pozujących z lamami do zdjęć, robimy zakupy, sprawdzamy ceny wycieczek i trochę nas to otrzeźwia i dołuje. Nasz przyjaciel Ronaldo zrobił nas w wała na jakieś 35 dolców od osoby. Do tego Ania odkrywa, że sympatyczna pani, która sprzedała jej takie fajne czapki tuskówki, orżnęła ją na 50 soli. No tego już trochę zawiele. Trzeba się napić.

Siadamy w jakiejś knajpce, kupujemy gigantyczne cerveza, mate de coka, zgrywamy zdjęcia i trochę się nam poprawia humor.

Gigantyczne serveza tylko na chwilę poprawiają nam humor :(

Gigantyczne serveza tylko na chwilę poprawiają nam humor :(

Tomek znów robi się zielony. Wracamy więc na raty do hoteliku.

Nie marudzimy jednak za długo i znów wyruszamy na miasto i na kolację. Nadeszła pora żeby spróbować świnki morskiej. Tak tak, dokładnie takiej samej, jaka u nas biega w akwarium. Trochę dziwnie będzie zjeść świnkę morską.

Przynoszą biedną świnkę, sterczą jej łapki i widać ryjek z wystającymi ząbkami. Niektórzy nie mogą się przemóc:) Wracamy do hotelu.

Nocne klimaty na głównym placu Cuzco - oczywiście Plaza de Armas

Nocne klimaty na głównym placu Cuzco – oczywiście Plaza de Armas

Pijemy pisqo, ale soroche daje znać i niektórzy zasypiają między jedną, a drugą banią. Dziś się w końcu wyśpimy. Cudownie!

This entry was posted in Ameryka Południowa


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/bartez09/public_html/syberia.m2.x25.pl/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1044