• Indie i Nepal »
  • Dzień 9, Poniedziałek 18.01.2010 – Nepal. Droga do Katmandu.
Header

Dzień 9, Poniedziałek 18.01.2010 – Nepal. Droga do Katmandu.

Docieramy do granicy. Ciemno jak w d… Otaczają nas riksiarze i chcą nas zawieść do jakiegoś punktu granicznego. No cóż, nie mamy większego wyboru. Albo z nimi pojedziemy, albo możemy tak stać w polu i czekać na świt, który nastąpi za jakieś dwie, trzy godziny.

Granica oczywiście zamknięta. Ciemno i głucho. Czekamy.

W końcu ktoś nie wytrzymuje i wali w zamknięte drzwi. Wychodzi zaspany, obdarty celnik z drewnianą skrzyneczką i dwiema świeczkami. Siada na rozwalającym się krześle i rozdaje wszystkim deklaracje celne, które wypełniamy przy świeczkach.

Granica indyjsko-nepalska XXI wiek, świeczki i pieczątka na chuch :)

Granica indyjsko-nepalska XXI wiek, świeczki i pieczątka na chuch :)

Niezła granica. Riksiarze, którzy mieli na nas czekać wymiękają, biorą po 10 rupi i spadają.

Idziemy z plecorami na stronę nepalską. Wszędzie jest oczywiście dużo bliżej niż zapewniali nas riksiarze. Nepalscy celnicy też wcale nie wyglądają lepiej niż hinduscy, nie mówiąc już o tym miasteczku granicznym, które tuż przed świtem wygląda jak po wybuchu bomby atomowej.

Granica absurdu

Granica absurdu

Jesteśmy w Nepalu. Jemy jakieś lokalne śniadanko, kupujemy alkohol, którego jest tu wszędzie w bród! Jaki super kraj!

Wsiadamy do private bus, którym będziemy trochę szybciej na miejscu niż rejsowym, a czas jest przecież dla nas bezcenny. Jedziemy.

Nagle guma! A to pech. Gość jednak szybko zmienia oponę. Podjeżdżamy do wulkanizatora. Czekanie umilamy sobie wypijając lokalny rumik i jedząc figi w słodko-kwaśno-słonym pudrze, obrzydliwe. Humorki jednak dopisują.

Dobra jedziemy dalej. Za jakąś godzinkę trach! Znowu łapiemy gumę! No nie, cóż za pech. Znów zmiana koła. Kierowca zostawia nas pod jakąś knajpą i sam jedzie szukać wulkanizatora. My mamy się wyluzować i coś sobie zjeść, bo to już właściwie pora obiadu. Miny nam trochę zrzedły, ale cóż nam pozostaje.

Knajpa okropnie brudna. Gość czarnymi od węgla rękoma podaje ciabaty. W przejściu wisi brudna szmata, która pełni rolę zasłonki oraz ścierki, w którą wycierają się wszyscy ‘kelnerzy’, a za nią można zobaczyć co dzieje się w kuchni. Nie mamy odwagi by coś tam zjeść, zamawiamy więc coffee. Dostajemy jakieś bełty, które nie mają nic wspólnego ani z kawą ani z herbatą. Brr. Nie da się pić.

Rozglądamy się z ciekawością dookoła. Wszyscy wcinają ryż paluchami, a kelnerzy co chwilę latają z wiadrami i dokładają ryżu, jakiejś papki i leją jakąś breją po stołach i ludziom po paluchach. Smakowite nie ma co. Prawie jak w naszym „Misiu”.

Obok siedzi kobieta w ładnym sari i może z rocznym dzieckiem. Nagle ściąga mu majtki i za chwilę dziecko sika pod stół w jadalni!!! Nie możemy wprost uwierzyć w to co widzimy. Wychodzimy stamtąd czym prędzej.

Nadal nie ma naszego busa, a czas płynie i płynie sobie leniwie. Robimy trochę fot nad jakąś rzeką, w której tubylcy robią pranie, ale niepokoimy się coraz bardziej.

Chłoniemy nepalskie widoki

Chłoniemy nepalskie widoki

Gość pojechał z wszystkimi naszymi bagażami na dachu.

Po ok półtorej godzinie przyjeżdża w końcu. Nie ruszamy bynajmniej od razu, o nie. Kierowca najpierw musi przecież zjeść obiad, w tej obleśnej knajpie.

Dobra jedziemy. Nareszcie. Może w końcu dojedziemy do tego Katmandu. Ale nie jest nam to chyba dziś pisane. Za jakieś 5 km znów guma!!! Nie, to jakiś koszmarny sen! To nie może być prawda! Jedna guma, rozumiem, zdarza się. No dobra, dwie, jak ktoś ma pecha, ale trzy to już nawet nie jest pech!!! Tylko jakaś totalna katastrofa!

Podjeżdżamy do kolejnego wulkanizatora. Gość normalnie bierze igłę z nitką i zszywa naszą sfatygowaną oponę. Igłą i nitką!!! Jesteśmy załamani. Przecież my na tym nie dojedziemy nigdy do tego Katmandu! Chłopaki kupują piwo, ale nawet to nie poprawia nam samopoczucia.

Dobra wsiadamy, modlimy się, żeby już nic się nie wydarzyło. Za jakieś pół godziny czwarta guma!!! To koniec. Jak my teraz dojedziemy gdziekolwiek na tej oponie pozszywanej nicią! Jesteśmy totalnie zrezygnowani. Beznadzieja sytuacji nas przerasta. Nikt już nawet nie ma siły tego komentować.

Zaliczamy kolejne miasteczka

Zaliczamy kolejne miasteczka

Gość zmienia koło. Ruszamy, ale przestajemy wierzyć, że dziś tam dojedziemy. O popołudniowym spacerze po mieście zapomnieliśmy już dawno, ale gdyby choć dotrzeć na miejsce przed zamknięciem wszystkich hoteli.

Zapada zmrok. Jesteśmy już totalnie wymordowani tą podróżą, a tu tyle jeszcze przed nami. Mijamy tiry z pootwieranymi tyłami, a w nich widzimy śpiących, na prowizorycznie porobionych półkach, tłumy ludzi. Widok przerażający. Podróżują jak bydło.

Jedziemy. Boimy się normalnie ruszyć, siedzimy jak na rozżarzonych węglach. Jak teraz złapiemy gumę to już będzie naprawdę koniec. Nie mamy już nawet na co zmienić tej pozszywanej opony, bo tamta leży rozwalona w bagażniku.

Mijamy wioski bez prądu. Migocą tylko światła lampek, świec i ognisk, na których ludzie przygotowują kolację. Wygląda to magicznie, jak nie z tego świata.

To prawie niemożliwe, a jednak prawdziwe. Docieramy po 26 godzinach jazdy do Katmandu, podczas gdy miało być ok. 8-10! Na oponie pozszywanej nicią!!! Jesteśmy wymordowani po nieprzespanej nocy w autobusie i tej zwariowanej jeździe. Wybieramy więc trochę lepszy hotelik. Jest cudowny, prawie czysty i przytulny. Zupełnie inna jakość niż w Indiach. Idziemy coś zjeść. Jedzonko super. Humorki się poprawiają znacznie. W pokoju walimy po szybkiej bani i szczęśliwi idziemy spać. Nepal jest super.

This entry was posted in Indie i Nepal


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/bartez09/public_html/syberia.m2.x25.pl/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1044