• Home
Header

Dzień 11, Wtorek (22.07.2008) – Ałmatyńskie Oziero

Budzimy się po ciężkiej nocy. Nie wszystkim było dane się wyspać, a to za krótkie łóżko, a to tykający zegar przy głowie albo na zmianę duchota i wiatr z niedomkniętego okna.

Wysiadamy w Ałmacie. Zaskakuje nas super wypasiony dworzec. No tak, na całym wschodzie lubują się w dworcach kolejowych, często jest to jeden z najpiękniejszych budynków w mieście, nie to co u nas. Nie ujmując nic naszej stolycy.

Jedziemy do kościoła. Wydaje nam się jakbyśmy wrócili do domu po długiej tułaczce. W naszej salce czujemy się jak u siebie. Rozpakowujemy się, jemy śniadanie i nie tracąc czasu pakujemy się na kolejną wyprawę. Tym razem dwudniową, nad Jezioro Ałmatyńskie. Kierownikiem wyprawy zostaje jednogłośnie wybrana Agnieszka. Pakujemy się minimalistycznie. Śpiwór, karimata, szczoteczka do zębów i znów hektolitry wody, pamiętając przygodę w kanionie.

Spotykamy po drodze innych miłośników przyrody

Spotykamy po drodze innych miłośników przyrody

Po kilkakrotnym przepakowywaniu się pani kierowniczki, ruszamy. (więcej…)

Dzień 10, Poniedziałek (21.07.2008) – Saryjszagan

Idziemy nad jezioro spotkać się z Denisem, który ma nas zabrać na rejs po okolicznych wysepkach. Nu Denisa niet. Trochę wieje, może to jest powód, dla którego go nie ma, zastanawiamy się przez chwilę i postanawiamy działać. Idziemy go poszukać.

Szukaliśmy Denisa naprawdę wszędzie...

Szukaliśmy Denisa naprawdę wszędzie…

Włazimy na podwórka, ale nikogo nie ma. Pukamy do jakiegoś domu, wychodzi gość w majtkach, chyba go obudziliśmy. (więcej…)

Dzień 9, Niedziela (20.07.2008) – Bałchasz

Budzi nas sauna w namiotach. Nie da się dłużej wytrzymać. Wychodzimy więc. Na zewnątrz jeszcze gorzej! Prawdziwy żar i ani skrawka cienia. Dookoła pustynia. Nie mamy wody, cali się lepimy, składamy namioty ruszając się jak muchy w smole, skwar nas totalnie osłabia. Nie ma co, trzeba uciekać czym prędzej i szukać cywilizacji, czyt. wody, wody, wody!

W poszukiwaniu cywilizacji

W poszukiwaniu cywilizacji

Wędrujemy po pustyni, mijamy cmentarz i docieramy w końcu do wioski. Wioska Cziganak jest jak wymarła. (więcej…)

Dzień 8, Sobota (19.07.2008) – Biszkek, powrót do Kazachstanu

Rano Bartek z przejęciem opowiada nam swój sen: Przyszedł pan gospodarz z ziomalami ze wsi – muzułmanami i postanowili nas pozarzynać! A wszystko szło life w telewizji Al-Jazeera!!! Przyjemny sen, nie ma co.

Jesteśmy gotowi na 7 rano, ale pani przynosi jeszcze czaj i chleb z miodzikiem, pychotka.

Poranne klimaty Grigoriewki

Poranne klimaty Grigoriewki

Wsiadamy do załatwionego wczoraj busika, a oni znów kombinują jak by nas tu orżnąć. Wymyślili, żeby płacić za plecaki! No nie, naprawdę są nieźli, ale my nie dajemy się tak łatwo, pomału nabieramy doświadczenia! (więcej…)

Dzień 7, Piątek (18.07.2008) – W górach Tien-Szan

Budzimy się. Pada, pada, pada. Szybko się zwijamy. Wszystko mokre, namioty, plecaki i my. Podchodzimy do naszego Kirgiza podziękować za gościnę i tak tylko zapytać czy coś się należy, a on 700 somów! No nie, znowu nas orżnęli.

Nasza marszrutka podjeżdża. Ładujemy się do niej szczęśliwi, że nie musimy już moknąć. Pani jest w lekkim szoku, że stoimy i czekamy. Była niemal pewna, że jak pada to zrezygnowaliśmy z wycieczki, i przejdzie jej koło nosa mnoga dienieg.

No ruszamy. Pomału przestaje padać. Nu nam nużna coś pokuszat. Nie ma sprawy. Stajemy przy jakiejś jurcie. Zamawiamy mięcho, czaj i prawie napadamy chłopaszków z sokołami. Zapstrykujemy się na śmierć. Malcziki dzielnie pozują.

Młody Kirgiz z sokołem

Młody Kirgiz z sokołem

Cały czas słychać jak rąbią jakieś kości, domyślamy, że to dla nas zarżnęli biednego barana i teraz go rąbią na części. (więcej…)

Dzień 6, Czwartek (17.07.2008) – Ysyk-Kul

Budzimy się. Za oknami widok zapierający dech w piersiach! Ogromne jezioro na wys. 1600m n.p.m. 166 km długości i 668 m głębokości, a w tle na całej szerokości potężne pięciotysięczniki, całe ośnieżone! Coś cudownego. Czy jest jeszcze gdzieś na świecie coś tak niezwykłego? Chyba nie.

Poranny widok spowodował u nas chwilowy szczękopad

Poranny widok spowodował u nas chwilowy szczękopad

Autokar zupełnie opustoszał. Wszyscy po drodze wysiedli przy swoich pensjonatach. W końcu i my docieramy na naszego pensjonu Olimp. Oczywiście wiemy, że nie mamy tu wykupionych żadnych wczasów, ale co szkodzi zapytać:) (więcej…)

Dzień 5, Środa (16.07.2008) – Kok-Tubee, wyjazd do Kirgistanu

Budzimy się po godzinie 9. No tak, a mieliśmy od świtu zwiedzać Ałmaty czy jak kto woli Ałma-Atę, jak nazywała się jeszcze do niedawna. Ałma ata znaczy ojciec jabłek. Nazwa podobno związana jest z legendą, o jakiejś super odmianie gigantycznych jabłek, które tu rosły. Mając to na uwadze zmiana nazwy jest dla nas niezrozumiała.

Wychodzimy na miasto. Jedziemy zaliczyć kolejną atrakcję miasta, a mianowicie kolejkę linową Kok-Tubee. Decydujemy się przejść pod górę pieszkom. Docieramy niedługo. Na górze jest bardzo spoko. Super wypasione knajpki, alejki, sklepiki, kawiarenki wśród zieleni z widokiem na całe miasto.

Widok na Ałmaty z Kok-Tubee

Widok na Ałmaty z Kok-Tubee

Robimy zdjęcie rodzinne przy Beatles’ach, do których jest spora kolejka! (więcej…)

Dzień 4, Wtorek (15.07.2008) – Kanion Czaryński

Budziki dzwonią, cudem zwlekamy się z naszych posłań. Szybkie mycie, śniadanko.  Busik już czeka, to nic, że jeszcze ciemno, jest git, wyruszamy.

Zmieniają się krajobrazy. Wysokie góry stopniowo ustępują miejsca dzikim stepom, na których pasą się stada bydła i koni. Czasami można zobaczyć śmigających wierzchem Kazachów. Coś niezwykłego. Po jakimś czasie widoki znów diametralnie się zmieniają, zaczyna się pustynia, a te góry po lewej stronie to już podobno Chiny!

W drodze do kanionu

W drodze do kanionu

Nasz kierowca Wasilij, jest bardzo rozmowny. Prowadzi z Astronomem żywą dyskusję. Zadaje dziwne pytania, np.: czy my jesteśmy szpiegami?! (więcej…)

Dzień 3, Poniedziałek (14.07.2008) – Medeo

Wstajemy skoro świt o 11. No cóż, dla nas to i tak bardzo wcześnie jeśli wziąć pod uwagę czterogodzinną różnicę czasu, nie mówiąc już o zmęczeniu, które trzeba odespać.

Ruszamy na miasto. Docieramy do biura turystycznego, które mamy nadzieję, załatwi nam wizy kirgiskie i inne atrakcje.

W biurze spędzamy ponad 2 godziny, ale udaje nam się niemal wszystko załatwić po naszej myśli. A mianowicie całodniową wycieczkę do Kanionu Czeryńskiego, tzw. skore czyli ekspresowe wizy kirgiskie, za które płacimy jak za słone zboże, ale co tam, trudno pewnie więcej tu nie przyjedziemy, oraz jakieś dziwnie tanie bilety do Kirgistanu. Pani przy nas to załatwia, słyszymy tylko strzępki rozmowy. „Gdzie ich wysadzić, gdziekolwiek, to turysty, oni sobie poradzą, a kakaja familia”, Astronom odpowiada, że Zdzisław, pani coś tam drugiej próbuje powtórzyć: „Że-di-sław”:)

Młodzi Kazachowie

Młodzi Kazachowie

Jedziemy zaliczyć jedną z atrakcji Ałmaty. Medeo, (więcej…)

Dzień 2, Niedziela (13.07.2008) – Ałmaty

Lądujemy ok. 11 godziny czasu lokalnego. Różnica między Warszawą a Ałmaty wynosi 4 godziny. Jesteśmy więc totalnie rozregulowani niedospaniem, potwornym zmęczeniem i zmianą czasu.

Nowe centrum Ałmaty

Nowe centrum Ałmaty

Musimy się jakoś dostać do kościoła katolickiego, gdzie mają nas przygarnąć na parę dni. Agnieszka ma wszystko pięknie wyrysowane przez Justynę (moją siostrę, która tu mieszkała), więc z trafieniem nie powinno być problemu. Zaczynamy się targować z taksówkarzami. Mamy prikaz od Justyny, żeby nie dać się orżnąć i maksymalnie zapłacić 1000 tengów, ale taksówkarze widząc białych czują zysk na odległość i nie jest łatwo. Zaczynają od sumy 11 tyś tengów! (więcej…)

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: