• Home
Header

Dzień 1, Sobota (12.07.2008) – Kijów

Docieramy na lotnisko, gdzie odnajdujemy resztę ekipy czyli Anię i Bartka. Odprawiamy się sprawnie i wyluzowani idziemy na śniadanko. Spotykamy Olafa z Krakusa, który leci gdzieś w świat do pracy.

Około 12 w południe lądujemy w Kijowie. Wynajmujemy super merca, który nas zawozi do centrum.

A było to w czasach kiedy w Kijowie na budynkach rządowych wisiały flagi Unii Europejskiej

A było to w czasach kiedy w Kijowie na budynkach rządowych wisiały flagi Unii Europejskiej

Upał okropny, ale my dzielnie łazimy po Krieściatiku i podziwiamy Kijów. W końcu po to specjalnie zrobiliśmy sobie przerwę w podróży. Docieramy do Majdanu Niezalieżnosci, który nie tak dawno był świadkiem Pomarańczowej Rewolucji i rozkładamy się przy fontannie. Jest pięknie. (więcej…)

Przeddzień, Piątek (11.07.2008)

No i nadszedł w końcu ten dzień. Pora się pożegnać i udać w stronę stolicy, skąd następnego dnia odlatujemy. O godzinie 20 wyruszamy pociągiem do Warszawy, gdzie mamy załatwiony przez Futrzaka nocleg w służbowym domku.

Znajdujemy się z Agnieszką czekającą już na nas, na niezwykle przyjaznym dworcu warszawskim. Na szczęście nie musiała czekać długo.

Docieramy na miejsce. Chałupa jest rewelacyjna, każdy ma swój pokój i prawie że własną łazienkę.

Rozpoczynamy oficjalnie wyjazd otwierając pierwszą flaszkę wódki, którą wypijamy z gościnnymi gospodarzami. Oglądamy przy tym, niektórzy już po raz kolejny, zdjęcia tajemniczego ojca Eliota. Wszyscy są zachwyceni, pozytywnie naładowani i idą spać marząc o klatach życia, bo są przekonani, że wszystko co widzieli zobaczą na własne oczy i sfotografują :)

Dzień 6, wtorek (03.05.2005)

Rano, po zliczeniu strat (podpalone buty, spalone skarpetki, rozwalony nos, mokre ciuchy, przypalone tyłki i nadszarpnięte zdrowie) stwierdziliśmy z przerażeniem, że całą noc spaliśmy przy otwartych na oścież drzwiach!!! W głębokim lesie, gdzieś na Białorusi!!! O zgrozo!!! Za to mieliśmy szczelnie zamknięte okna, dla bezpieczeństwa ma się rozumieć :)

Zbieramy się do powrotu. Pora opuścić gościnną Białoruś. Oczywiście uciekł nam autobus, ale udało nam się jakoś dostać do Baranowicz, oczywiście stopem.

Spóźnieni na ostatni autobus liżemy rany po ostatniej nocy :)

Spóźnieni na ostatni autobus liżemy rany po ostatniej nocy :)

W Baranowiczach żegnamy się z Natalką i odjeżdżamy do Brześcia. Smutno nam, że już koniec. (więcej…)

Dzień 5, poniedziałek (02.05.2005)

Ranek (tym razem nie świt!). Jodas siedzi z Michaiłem na ławce przed chałupą i leczą kaca ciągnąc piwo z jednej butelki! (Wcześniej byli już na spacerku w sklepie!?).

Pożegnanie z gierojem

Pożegnanie z gierojem

Po jajecznicy, zrobionej przez chłopów idziemy zwiedzać Nowogródek. Trafiamy pod cerkiew, gdzie trwają przygotowania do uroczystości drugiego dnia świąt. Tak nas poinformowały rozmowne babcie, które jak się okazało wszystkie mają polskie korzenie i rodzinę w Polszy. (więcej…)

Dzień 4, niedziela (01.05.2005)

Znów musimy wstać skoro świt, żeby zdążyć do Mińska na manifestację pierwszomajową. Łapiemy busa, ale w busie tolka 4 miesta. Reszta zostaje, ale zaraz zatrzymuje się jakiś samochód, który nas zabiera. Spotykamy się przed dworcem. Zjadamy śniadanie: bułki z rybą!?

Mińsk. Na stacji metra.

Mińsk. Na stacji metra.

Kupujemy bilety do Nowogródka, zostawiamy bagaże w kamerze chranienia i idziemy szukać pochodu – jednej z głównych atrakcji wyjazdu! Zaczepiani przez nas ludzie pytani o manifestację dziwnie się nam przyglądają, a my im. Jakoś nie możemy się nawzajem zrozumieć. (więcej…)

Dzień 3, sobota (30.04.2005)

Znowu wstajemy skoro świt. Oczywiście nie ma czasu na śniadanie. Znów przez pola zapitalamy szukać drogi, po której jeździ raz dziennie autobus. Ledwo wchodzimy na drogę, jedzie! Machamy, uf, zatrzymał się. Kolejny raz mamy więcej szczęścia niż rozumu.

Wysiadamy w Mirze. Jesteśmy tak wcześnie, że wsio jeścio zakryte (dla nas dodatkowo jest jeszcze godzina wcześniej ze względu na różnicę czasu, ale z nas twardziele!) Obchodzimy cały rynek i decydujemy się iść pod zamek.

Spotkaliśmy fajnego psa...

Spotkaliśmy fajnego psa…

Karmimy jakiegoś psa cukierkami, który później broni nas przed krzyczącą babuszką. (więcej…)

Dzień 2, piątek (29.04.2005)

Wstajemy skoro świt, co jak się później okazało było normą. Jak hardcore to hardcore, a co! W polskim pociągu zaczęliśmy już pić. Tuż po siódmej rano poszła pierwsza flaszka! Wcześniej chłopy poszły do Warsa coś zjeść i… walnąć piwko. Wychodzi pan barman niemnożka nieprzytomny. Astronom pyta, czytając z menu: Jajecznica jest? Barman: Nie ma! Astronom: Bigos jest? Barman z satysfakcją: Ze Szczecina jadę, panie kochany. I dodaje: Pan mnie się spyta: co jest? No i okazało się że jest tylko kiełbasa, którą zjedliśmy.

Dojeżdżamy do Terespola. Zabieramy ze sobą zdobyczną karimatę, którą później gubimy bo chcemy. Znajomy dworzec i pierwsze zdjęcia. Biegamy z aparatami jak wariaty. Skutek był taki, że Anię Nowak spisali, a mnie chcieli spisać za to, że robimy zdjęcia w miejscu strategicznym. Nie powiem, żebyśmy się tym przejęły choć grozili, że zabiorą aparaty.

Siedzimy w elektriczce do Brześcia. Jodas po raz pierwszy jedzie na wschód. Jest wyraźnie zaniepokojony, nie może usiedzieć na miejscu, ciągle gdzieś go nosi, co jak się później okazało też było normą :)

Oczywiście nie zdążyliśmy na pierwszy pojezd, bo nas długo sprawdzali i kazali od nowa wypełniać deklaracje. Okazało się, że wszyscy zrobiliśmy coś nie tak. W końcu nas puszczają. Rozbijamy obóz w naszym starym dobrym miejscu, gdzie czuć jeszcze stłuczoną przez Waissmana flaszku (Syberia 2004). Jemy pierwsze ciburieki i pijemy… Baltikę 3. Rewelacja!

Kobiety, Baltika i śpiew...

Kobiety, Baltika i śpiew…

(więcej…)

Dzień 1, czwartek (28.04.2005)

Wyjeżdżamy do Warszawy, gdzie spędzamy pierwszy wspólny wieczór. Wpada Jodas paznakomić się niemnożka z nowymi druzjami.
Astronom znajduje gdzieś ćwiartkę wodiczki. Wypijamy ją i niemal szczęśliwi kładziemy się spać.

A będzie się działo. Oj, będzie :)

A będzie się działo. Oj, będzie :)

Dzień 22, sobota (19.05.2007) Powrót do domu!

Nasz ostatni dzień. Jak szybko zleciało. Szkoda opuszczać Chiny, ale z drugiej strony jak to miło będzie móc się normalnie porozumieć i w końcu zjeść normalne śniadanie!

Żegnamy się i wsiadamy w taksówki. Bez przygód docieramy na lotnisko z dużym zapasem. Żegnamy kolejnego członka wyprawy, Nataszkę, która ma samolot kilka godzin później.

W drodze do Paryża mamy po prostu wspaniałą widoczność! Podziwiamy z samolotu pięknie widoczny Bajkał, widać nawet Irkuck i Angarę wypływającą z jeziora. Nie sądziliśmy, że dane nam będzie kolejny raz podziwiać Bajkał. Jesteśmy zachwyceni.

Gdzieś nad Uralem zaczęło nieźle trząść. Jesteśmy delikatnie zaniepokojeni , a Bartek zalewa turbulencje 4 piwami, 2 wódkami i 5 whisky!

W Paryżu szybka przesiadka i za chwilę lądujemy w Warszawie. Ludzie, normalne jedzenie, normalna kawa i wszyscy dookoła wiedzą o co nam chodzi!!!

Jeszcze tylko pociąg do Krakowa i późną nocą jesteśmy w domu!

I to już jest naprawdę koniec!

I nasze dworce jakieś takie inne :)

I nasze dworce jakieś takie inne :)

 

Statystyka wyjazdu

Przez te trzy tygodnie wydarzyło się naprawdę dużo. Świadczy o tym poniższa statystyka:

 

Liczba kilometrów samolotem: ok. 18.000 km

Liczba kilometrów pociągiem: ok. 8.000 km

Liczba kilometrów innymi środkami lokomocji: ok. 2.000 km

Na tę ostatnią liczbę składają się przejazdy: autobusami, metrem, taksówkami, wynajętymi samochodami, statkiem, łodzią, tramwajem wodnym, motorikszami.

Liczba kilometrów zrobionych piechotą: ok. 500 km

 

Wypity alkohol:

Pidżju (piwo): ok. 200 butelek

Chińska wódka: najwyżej 5 flaszek z desperacji i z obrzydzeniem

Wódka europejska: ok. 40 butelek (wliczając whisky)

Wina: ok. 10 butelek (wliczając chińską whisky)

Bimber himalajski: 3 litry

 

Byliśmy:

Najdalej na północ: Badaling (Mur Chiński)

Najdalej na południe: Yongshuo (połów z kormoranami)

Najdalej na wschód: Szanghaj

Najdalej na zachód:  Wąwóz Skaczącego Tygrysa (pogranicze Yunnanu i Tybetu)

Najwyżej wjechaliśmy: 3.600 m przełęcz na drodze Lijiang-Penzhihua

Najwyżej weszliśmy: 2.700 m w Himalajach

Najdroższy nocleg: hostel Flowers w Guilin – 32 zł/osobę

Najtańszy nocleg: kwatera prywatna w Lijiang – 7 zł/osobę

Największa wtopa wyjazdu: ogrody Suzhou, nocleg u chłopa z ludu Dong,  śniadanie w Xi’an

Największy szok wyjazdu: dzieci z gołymi tyłkami, kible „bez barier”

Najlepsze jedzenie: kaczka po pekińsku

Najbardziej nas wkurzało u Chińczyków: ni hu, hu w żadnym języku

Dzień 21, piątek (18.05.2007) Pekin, Świątynia Nieba

Rano ze smutkiem żegnamy Dorotkę. Czujemy, że pomału kończy się nasza wyprawa:) Taksówkarz kiwa głową, że wie gdzie ma jechać, ale na wszelki wypadek Dorotka bierze jednak od Jodasa swojego Mandaryna. Jak się okazało nawet to jej nie pomogło. Oto co przeżyła Dorotka podczas gdy my spokojnie pojechaliśmy sobie zwiedzać Pekin. Co prawda dostawaliśmy lekko niepokojące smsy, ale nie braliśmy tego dosłownie. Z relacji Dorotki:

(…) mój ostatni dzień podróży po Chinach mógłby chyba wygrać w konkursie na najbardziej oniryczne myślenie Chińczyków. Akcja, którą przeszłam w drodze na lotnisko nie znajduje jeszcze w mojej głowie odpowiedniego komentarza. Cieszę się jedynie że w ogóle dotarłam do domu.

Siła spokoju w biznesie

Siła spokoju w biznesie

(więcej…)

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: